Lubię seks w kinie

Czy to znaczy, że jestem głupia?

Do kin wchodzą właśnie „Wilgotne miejsca”. Miałam okazję obejrzeć to jakiś czas temu. Przez prawie dwie godziny patrzymy na atrakcyjną nastolatkę, która myśli głównie o seksie i wszystkim, co jest intymne i wstydliwe. Nie tylko myśli, ale też próbuje wielu rzeczy. Bezwstydnica. Widzimy jej stosunek z prostytutką, brudne majtki i tampony, golenie bikini. Przyjemne, choć dość mocne doznanie. Polecam. Ciekawe, czy znów będzie gadanie, że to film o ludzkiej duchowości.



Nie macie wrażenia, że całą przyjemność oglądania filmów z dobrymi scenami seksu zabierają nam ponurzy mądrale doszukujących się we wszystkim podwójnego dna? Zawsze zakładają, że erotyka jest tylko pretekstem do opowiedzenia o bólu egzystencjalnym. Dlaczego nie można po prostu pójść na film dla ładnych momentów w wykonaniu atrakcyjnych aktorów, cieszyć się po prostu tym?

Na przykład, jestem na spotkaniu ze znajomymi w pubie. Ktoś widział „Sponsoring” Gośki Szumowskiej, film o studentkach, które uprawiają seks za pieniądze - co pozwala im wieść dostatnie życie w Paryżu. Same wybierają sobie klientów, czerpią przyjemność ze stosunków z nimi. W jakimś sensie jest to więc film o seksie, choć rzecz jasna nie tylko. Pubowa dyskusja o nim skoncentrowała się jednak na marnej kondycji współczesnego człowieka i etycznym zatraceniu. Płacz i zgrzytanie zębami. I satysfakcja: my nie jesteśmy dzięki bogu aż tak rozpasani. To główna zasada: jeśli film opowiada o erotyce, znaczy, że pokazuje moralną pustkę, którą trzeba napiętnować.

Najśmieszniejsza była dyskusja wokół „Nimfomanki” Larsa von Triera. Czytałam często, że bohaterka, której życie podporządkowane jest nieustannemu pragnieniu seksu, chce tak naprawdę samotności. Kocha się z ludźmi, aby zagłuszyć w sobie „prawdziwe” emocje. Że jej potrzeba seksu to krzyk rozpaczy i (!) odrzucenie brzydkiej cielesności. Jak bardzo smutnym trzeba być, żeby tak zrozumieć film, w którym co chwilę widzimy udane, realistyczne sceny erotyczne. Owszem, jest to opowieść o rodzaju nieprzystosowania i niedającym się powstrzymać buncie, ale raczej właśnie buncie przeciw unormowanemu w każdym aspekcie życiu, traktującemu seks jako jedną z wielu przewidywalnych, mdłych rozrywek. Bohaterka przekracza tę granicę. Każdy jej dzień przesycony jest seksem i próbowaniem wszystkiego, co pociągające, satysfakcją lub jej brakiem. Sama wybrała dla siebie taki styl. I nie żałuje. To chyba boli niektórych najbardziej.

Ja lubię w kinie seks i sceny erotyczne, dla nich samych. Artystyczne i nieartystyczne „momenty” są fajne i przyjemne dla oka, czasem inspirujące. Nie przeszkadza mi to doceniać kina ambitnego. Tylko nie wiem dlaczego, kiedy o tym mówię, budzi to pełne współczucia politowanie. Bidula nie zrozumiała. I zaczyna się tłumaczenie właściwego wydźwięku dzieła. Nie chcę tego słuchać, nudzi mnie to. Jestem ograniczona? Może. Ale dobrze się bawię.
Trwa ładowanie komentarzy...