Jem po terminie ważności

Są sposoby na przeterminowane jedzenie.

Nie umiem wyrzucać do śmieci jedzenia, którego termin ważności się skończył, a wciąż jest dobre. Otwieram opakowanie. Wygląda normalnie, pachnie normalnie, nic się tam nie dzieje. Wrzucenie go do kubła byłoby nadgorliwością. Tym bardziej, że od przedszkola nie lubię, kiedy coś się marnuje. W Londynie śmiali się ze mnie, bo zjadałam w knajpie wszystko z talerza, podczas kiedy wypada podobno jednak jedną trzecią zostawić. Może dobrze, że poznałam tę zasadę pod koniec pobytu. W domu usuwam nawet czasem kawałek pleśni i jem dalej. Na razie nic mi się od tego nie stało.
Jeśli coś jest po terminie, to najlepiej po prostu otworzyć i sprawdzić, czy się jeszcze nadaje. O dziwo ta pleść zdarzała mi się zdecydowanie częściej przed terminem przydatności, niż po: w przypadku jogurtów, ostatnio jakiś gotowych sałatek, z majonezem i bez. Przy takich zakupach nie trzyma się zwykle kwitka, więc trudniej reklamować. A niesmak pozostaje.



Może w sumie mam to na własne życzenie. Kiedy wiem, że kupuję jedzenie na jutro, to z dwóch opcji wybieram w sklepie opakowanie z bliższym terminem, dając reszcie produktów większe szanse, że ktoś jeszcze po nie sięgnie. W ogóle, często biorę rzeczy przecenione, których trwałość ma się skończyć dziś. I cieszę, że zapłaciłam połowę.

Słyszy się o ruchach nawołujących, by na przykład supermarkety wydawały jedzenie w momencie, kiedy przestaje być świeże i atrakcyjne dla klientów. I o ludziach, niekoniecznie biednych, którzy programowo żywią się w ten sposób. Życie pokazuje, że nie zawsze się to opłaca - jak w przypadku tego piekarza z Legnicy, który za dawanie ludziom pieczywa ze zwrotów musiał zapłacić podatek. Ale te sprawy i tak wydają się jakoś odległe. Bardziej zastanawia mnie, dlaczego kiedy jadę na długi weekend ze znajomymi, którzy na trzy dni biorą pełny bagażnik jedzenia, łapię się na stresie. To wszystko wjeżdża potem na stół i głupio się nie poczęstować, ale z drugiej strony mam świadomość, że ja przywiozłam mniej. Bo kupuję, a potem jem jedną trzecią tego wszystkiego i nie chce mi się tłumaczyć.

Zapychanie lodówki i kupowanie większych ilości jedzenia na zapas nie ma sensu. Najpierw wnosi się te wielkie niewygodne siaty do domu. Potem trzeba to przejeść albo wywalać. Po co? Nie żyjemy na bezludnej wyspie, zawsze można wyjść do nocnego albo podjechać po kanapkę na stację benzynową. Lub po prostu wyciągnąć coś z zamrażalnika. A te teoretycznie przeterminowane rzeczy i tak można wykorzystać. Z pieczywa zrobić grzanki, ser dodać do makaronowego sosu, wrzucić resztki do jakiejś gotowanej mieszanki. Jeszcze jakieś pomysły? Chętnie wypróbuję.
Trwa ładowanie komentarzy...